Nie jestem wielką fanką Petera Gabriela, mimo to wiadomość o tym, że będzie główną gwiazdą oświęcimskiego Life Festiwal zelektryzowała mnie. Z uwagi na bliską odległość od Krakowa i sentyment do starszego pana, którego piosenki pamiętam jeszcze z czasów namiętnego oglądania programu "MTV Greatest Hits", prowadzonego przez Paula Kinga, postanowiłam (z sukcesem) namówić męża na wyjazd na koncert.
Pierwsze, co nas uderzyło (i rozbawiło) po dojechaniu na miejsce, była masa ludzi obżerających się łapczywie pod stadionem KS Unia. Okazało się, że na koncert nie można wnosić żadnego jedzenia i picia. Chodniki natomiast obstawione były wózkami z obwarzankami. Nieświadomi niczego uczestnicy LFO (brzmi jak lek, o który była afera z niejakim Mariuszem Łapińskim, ale cóż) kupowali precle "na kolację", a potem, nie chcąc ich wyrzucać, konsumowali pospiesznie przed bramkami. Opróżniano także inne zapasy. Najlepszy był chłopak, który gryzł wielką czekoladę z orzechami jak kanapkę. To była genialna okazja do nakręcenia pastiszu "Wielkiego żarcia".
Kontrola na bramkach nie była jednak zbyt drobiazgowa i spokojnie można było wnieść jedzenie, jeśli ktoś miał je ukryte przy ciele. Zaglądano bowiem głównie do plecaków, a nie obmacywano szczególnie ubrań. Procedura wpuszczania na płytę trwała zatem krótko i nie było większych problemów z wejściem. Na scenie instalowała się właśnie Antwerp Gipsy-Ska Orkestra. Muzycy pochodzą z różnych krajów, grają mieszankę etno, jazzu, ska, gypsy i czegóż tam jeszcze. Na pierwszy rzut ucha mogą kojarzyć się z Bregoviciem i ścieżką dźwiękową do "Undergroundu". Dużo w tym występie było energii i szaleństwa, choć w gruncie rzeczy pozornego. Artyści są bardzo sprawni warsztatowo i nie można ich posądzać o skłonność do bałkańskiego bardaku. Wszystko tu było starannie wyreżyserowane: od wizerunku ni to Cygana ni włoskiego mafioza (nieogolone twarze, kolczyki i starannie dobrane garnitury) po ruch sceniczny (wokalista wmachujący mikrofonem) i prezentację muzyków - każdy miał okazję zagrać solówkę.
Pogoda w niedzielę niestety nie sprzyjała plenerowym koncertom. Przenikliwy ziąb spowodował, że publiczność ruszyła w tany i ochoczo przytupywała do utworów śpiewanych mieszaniną serbsko-romskiego, angielskiego, francuskiego i włoskiego. Pojawił się też polski akcent - okrzyk "śliwowica" w refrenie jednej z piosenek. Zalety tego trunku chwalił wokalista wzbudzając entuzjazm wśród męskiej części zgromadzonych.
Po krótkiej przerwie, w trakcie której nastąpił szturm na stoiska z gorącą kawą i herbatą (choć hardkorowców - amatorów zimnego piwa też nie brakowało), w trakcie którego "cytryny wyszły" i zabrakło wrzątku w kilkudziesięciolitrowym termosie, jako tako rozgrzani kubkiem cienkiej herbatki wróciliśmy na płytę stadionu na koncert Kroke. We wszystkich materiałach promocyjnych reklamowano, że zagrają na "osobistą prośbę Petera Gabriela". Kiedy podczas późniejszego występu Kroke pojawili się podczas utworu "In Your Eyes" na scenie, nie było wątpliwości, że Gabriel rzeczywiście ceni tych polskich muzyków.
Kroke pochodzą z Krakowa, Grają tzw. muzykę klezmerską, czyli rytmy kojarzące się z kulturą żydowską. Ale słychać też w ich utworach echa orientalne, bałkańskie czy jak to się mówi, żeby nic nie powiedzieć "world music". Tylko trzy instrumenty: skrzypce, akordeon i kontrabas. Oprócz tego niesamowity głos Tomasza Laty, który potrafi brzmieć jak huculski góral, jak Jimmy Sommervile i jak Jose Carreras w jednym. Publiczność znów przebierała nogami dopóki na scenie nie pojawiła się Anna Maria Jopek. Wtedy temperatura koncertu nieco opadła. Wokalistka swoim charakterystycznym lirycznym zaśpiewem spowodowała, że występ Kroke stracił na dynamice. Zgromadzeni podzielili się na tych, według których głos Anny Marii uatrakcyjniał utwory Kroke, oraz tych, według których przeszkadzał. Przy czym mam wrażenie, że tych drugich było nieco więcej. No ale nikt pani Jopek nie wygwizdał, gdyż było widać, że bardzo się starała podczas tego koncertu.
Wreszcie nadszedł czas na główną gwiazdę wieczoru. Niebo ściemniało, ochłodziło się jeszcze bardziej, zaczął siąpić drobny deszcz. Tłum zgęstniał. Dotarli ci, których interesował tylko występ Petera Gabriela. Zapełniły się sektory VIP. Odniosłam wrażenie, że organizatorzy Life Festiwalu trochę sobie z VIP-ów zakpili, każąc im płacić o wiele drożej za bilety, a oferując miejsca na piłkarskich krzesełkach po bokach sceny. Z płyty widać i słychać było znacznie lepiej niż z bocznych sektorów. Jedynym komfortem była możliwość posadzenia swoich czterech liter oraz w przypadku jednego sektora - zadaszona trybuna.
Zanim na scenę wyszedł Mister Peter dwa utwory zaśpiewała Rosie Doonam - wokalistka z zespołu Gabriela. Z towarzyszeniem pianina i skrzypiec zaintonowała dwie smętne balladki, które kojarzyły się ze śpiewaniem do kotleta w knajpie. Głos Rosie brzmiał przeciętnie na tle znanych brytyjskich wokalistek, jak chociażby PJ Harvey, Kate Bush czy Elisabeth Frazer. Tak przeciętnie, że aż niektórzy głośno zaczęli się zastanawiać, co artysta widzi w tej niepozornej osóbce, która nijako śpiewa i nijako wygląda.
Wtem podniosła się kurtyna, popłynęły pierwsze dżwięki orkiestry. Bardziej nerwowi wyciągnęli swoje smartfony i testowali możliwości zoomów i recordów. Zapłonęły czerwone światła i ekraniki telefonów. Po nastrojowym intro wszedł Peter Gabriel i zaśpiewał "Secret World". Rozległy się brawa i okrzyki zachwytu. Ekstaza niektórych sięgała granic, gdy okazało się, że na okoliczność koncertu Peter Gabriel nauczył się kilku zwrotów po polsku. Zaprosił publiczność do swojej przestrzeni, wołając "Witam was", a potem zapowiadał utwory słowami "ta piosenka ma tituł" oraz "dziękował stokrotnie". Na szczęście nie było banalnego "kocham was". Peter Gabriel jest angielskim dżentelmenem i nie łasi się do widzów.
Niektóre utwory Gabriel poprzedzał wprowadzeniem. Opowiadał o ludziach, którzy zainspirowali go do przełożenia ich historii na muzykę, m.in. o Apaczu, który przeżył ukąszenie grzechotnika, co było jego inicjacją bycia dzielnym wojownikiem, o Stevenie Biko - zamordowanemu aktywiście ruchu przeciwko apartheidowi w RPA, o młodzieży, która za pomocą social media informowała o wydarzeniach arabskiej wiosny, a której zadedykował piosenkę "Signal to Noise".
Było też faux pas ze strony publiczności. Przed zaśpiewaniem "Father Son" artysta wspomniał swojego ojca, który niedawno obchodził setne urodziny. Ludzie, czy nie zrozumieli angielskiego, czy nie byli świadomi wydźwięku tej starej polskiej pieśni biesiadnej, bowiem gromkim głosem ryknęli "Sto lat". To chyba miało być dla Petera, bo jeśli dla jego ojca, to duży nietakt. I ten incydent pozostawił spory niesmak wśród dużej części zebranych. Potem już każde słowo Gabriela tłumaczył Piotr Kaczkowski.
Symfoniczne aranżacje znanych przebojów, jak "Digging in the Dirt", "Solsbury Hill", "San Jacinto", "The Rhythm of the Heat" brzmiały świeżo i oryginalnie. W połączeniu z multimediami dawały niesamowite widowisko. I nad tym wszystkim mocny czysty głos Petera Gabriela. Artysta był w doskonałej formie - potrafił na koncercie zaśpiewać tak jakbyśmy słuchali płyty. Żadnego fałszywego czy słabszego tonu, żadnej chrypki. Klasa sama w sobie. Towarzyszący mu muzycy z New Blood Orchestra to też profesjonaliści w każdym calu, Gabriel wielokrotnie w trakcie koncertu przypominał publiczności o licznym zespole, który mu towarzyszy, domagając się w ten sposób wyrazów uznania dla orkiestry pod batutą Bena Fostera.
Koncert nie nadawał się do tańca, jak poprzednie występy zespołów supportujących Petera Gabriela. Publiczność raczej kołysała się w monotonnym rytmie. "Red Rain" pojawił się, gdy padało najmocniej. "Biko" porwał serca i uniósł pięści w rewolucyjnym geście. "He-he-heeeya!" popłynęło z tysięcy gardeł. Kroke mieli słabe udźwiękowienie i ginęli wśród instrumentów New Blood Orchestra podczas wykonywania "In Your Eyes". Gabriel starał się wspomagać głos Laty, podsuwając mu swój mikrofon, gdy muzyk zdzierał gardło. Na koniec, nie wiadomo, czy zaplanowane, czy wyproszone głosami publiczności, zabrzmiało "Don't Give Up". Zamiast Kate Bush zaśpiewała Rosie Doonan i to były najsłabsze momenty tej piosenki. Tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do głosu Kate, że Doonan, która nawet nie próbowała naśladować swojej poprzedniczki, rozczarowywała. Zwłaszcza, że, jak wspomniałam, nie zachwyca jakoś szczególnie.
Niebo lekko się rozchmurzyło, nad stadionem zaświeciła Wenus. Kurtyna opadła. Niedowiarkowie klaskali i gwizdali jeszcze długo, naiwnie licząc, że artysta polskim zwyczajem wyjdzie zagrać trzy bisy. Tymczasem dwie zakontraktowane godziny dobiegły końca i Peter Gabriel już się na scenie nie pojawił.
Podsumowując, koncert był świetny. Wart przemarznięcia do szpiku kości i znoszenia niewygód, jakie niosą ze sobą plenerowe koncerty. Średnia wieku była dość wysoka, lecz miałam też wrażenie, że część osób, zwłaszcza tych 50+ znalazła się tutaj przypadkiem, jakby w przerwie między grilowaniem a imieninami wujka Heńka. Młodzież zdecydowanie zachowywała się lepiej (i piła mniej piwa). Mąż stwierdził, że owszem, podobało mu się, ale na długo wyleczył się z koncertów pod gołym niebem. A ja poczekam do następnego Life Festiwal Oświęcim. A gdyby tak przyjechał David Bowie...
Tak wesoło to nie było w tym miejscu od lat czterdziestych ubiegłego wieku