Lubię muzea. Nie ma miesiąca, bym nie odwiedziła któregoś z krakowskich przybytków sztuki. Najbardziej ciągnie mnie ku muzeom kameralnym, małym oddziałom. Lubię atmosferę tych miejsc - specyficzną, inną niż tam, gdzie dziennie przewijają się setki turystów. Tutaj każdy jest oczekiwany, witany z radością. Potrafię w muzeum, które ma raptem 3 salki wystawiennicze spędzić 3 godziny!

Nie mogłam też odpuścić sobie Dnia Drzwi Otwartych Krakowskich Muzeów. 20 placówek muzealnych w ubiegłą niedzielę otworzyło swe podwoje dla zwiedzających. Bez biletu, choć nie bez limitów, bowiem gdzieniegdzie obowiązywały bezpłatne wejściówki, które kończyły się zanim nadszedł przewidziany czas zamknięcia muzeów. Stojący w kolejkach i przytupujący z zimna krakowianie i turyści w wielu miejscach musieli obejść się smakiem.

Swoje zamiłowanie do sztuki dzielę z 5,5-letnim synem. To on jest towarzyszem moich muzealnych eskapad. To on nie może się doczekać, kiedy znów pójdziemy do jakiegoś muzeum. Zatem z przebogatego programu Drzwi Otwartych wybrałam to, co mogło zainteresować mojego przedszkolaka, czyli głównie wizytę w placówkach Muzeum Historycznego, które ma coraz ciekawszą ofertę kierowaną do najmłodszych.

MHK uwielbiam z czasów, kiedy przygotowywałam się do roli przewodnika miejskiego (nigdy zresztą nie praktykowanej, ale to już odrębna historia) i wkuwałam zawartość sal w poszczególnych muzeach. W Krzysztoforach na dyg i hasło "ja jestem z kursu przewodnickiego", panie uprzejmie otwierały drzwi i pozwalały za darmo godzinami wpatrywać się w makietę starego Krakowa, akt lokacyjny czy portrety dawnych mieszczan. Więc został mi ogromny sentyment, a po drugie, jesteśmy z synkiem stałymi uczestnikami Akademii Małego Odkrywcy, o czym już zresztą pisałam.

Rozpoczęliśmy od Kamienicy Hipolitów, gdzie jako pierwsi przetestowaliśmy grę planszową, którą oddział MHK planuje w przyszłości przenieść "do pudełka". Oboje zaangażowaliśmy się w zdobywanie złotych kluczy, co nie było takie proste, gdyż gra była najeżona "polami specjalnymi". Ostatecznie wygrałam ja, ale nagrodę główną (niebieskiego misiaka) zgarnął synek - jako pierwszy poważny tester.  Obdarowany także notesikiem i ołówkiem, ochoczo zabrał się do spisywania drukowanymi kulfonami pomieszczeń muzealnych, przez które kolejno przechodziliśmy. A że czynił to w pozycji klęczącej, za stolik mając krzesła, na których siadają panie pilnujące sal, wzbudzał spore zainteresowanie zwiedzających, którzy zaglądali mu przez ramię i próbowali odczytać koślawe zapiski.

Kolejnym oddziałem MHK, który odwiedziliśmy tego dnia był Dom Zwierzyniecki. Syn zobaczył obrotowe piłkarzyki i już wiadomo było, że stąd szybko nie wyjdziemy. Rozgrywał mecze kameralne (1 na 1) i wielorodzinne. Nie dał się wciągnąć w warsztaty plastyczne, podczas których dzieci na wielkich kartonach malowały Błonia z przyległościami ani wyciągnąć na spacer z Andrzejem Koziołem wokół "wielkiej łąki".
Dom Zwierzyniecki prezentuje obecnie wystawę o historii Zwierzynieckiego Klubu Sportowego, stąd obecność piłkarzyków oraz kilku minibramek, do których można strzelać futbolówką, byle ostrożnie, aby nie pozrzucać ze ścian cennych trofeów sprzed lat.

Posileni ciepłą bułką ze sznyclem (pod tym względem Dom Zwierzyniecki jest ewenementem wśród krakowskich muzeów - solidnie karmi swoich gości! Latem można tam było w ramach cyklu spacer z VIP-em zjeść kiełbasę z grilla!), nagrawszy się w piłkarzyki do syta, ruszyliśmy na Rynek, do kolejnego oddziału MHK - Podziemi. Mąż wcześniej zdążył zaliczyć spacer śladami dawnych marszów robotniczych w Nowej Hucie (to też oferta placówki Muzeum Historycznego - na Osiedlu Słonecznym 16).

Kolejka oczywiście ciągnęła się aż do fontanny. Przed nami dwie świeżo upieczone studentki, za nami troje Włochów w towarzystwie znajomej Polki oraz pani w średnim wieku co chwila odbierająca telefony komórkowe i informująca kogoś po drugiej stronie, jak daleko od wejścia się znajduje. Podziemia chciało po raz kolejny zobaczyć dziecko i po raz pierwszy mąż. O ile ten starszy gotów był zrezygnować z godzinnego stania na chłodzie, o tyle młodszy zaparł się i deklarował chęć stania do skutku. W efekcie obaj panowie trafili do... Muzeum Narodowego w Sukiennicach, by się trochę zagrzać, a przy okazji zobaczyć odnowioną wystawę malarstwa. Potem w tzw. ostatnim rzucie galerię zwiedziłam ja, lecz zbyt pobieżnie, by rozwodzić się nad jej walorami. Wnętrza są pięknie zrobione, obrazy lepiej wyeksponowane, nie ma poczucia przytłaczającej ciasnoty, które towarzyszyło mi w czasach owego kursu na przewodnika miejskiego.

W nagrodę za wytrwałość udało nam się wejść na do Podziemi Rynku, ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wkrótce po nas skończyły się bezpłatne wejściówki i strażnik bezlitośnie zatrzasnął drzwi przed nosem rzeszy, która usiłowała zdobyć szturmem wystawę. Ja osobiście nie przepadam za podziemiami, lecz doceniam ten projekt multimedialnej przestrzeni. To też wyjątkowe muzeum w Krakowie - takie, które można zwiedzać wszystkimi zmysłami. Wizualizacje, udźwiękowienie, projekcje filmowe, ekrany dotykowe, rekonstrukcje budynków, a wśród tego zdobycze archeologiczne. To wszystko robi wrażenie, zwłaszcza na dzieciach i chociażby ze względu na nie warto tam pójść, by w przystępny, zabawowy sposób poznały kawał historii naszego miasta i kraju. Mój syn akurat najbardziej lubi poczet królów polskich na panoramicznych ekranach, którzy przez chwilę "ożywają".

Dzień Otwartych Drzwi Muzeów Krakowskich organizowany był po raz 7., uczestniczyłam w większości edycji. Ta listopadowa akcja nie ściąga aż takich tłumów głodnych darmowej sztuki jak czerwcowa Noc Muzeów. Tym, co przede wszystkim przyciąga w tym dniu do krakowskich muzeów, nie jest możliwość wejścia bez biletu, ale okazja do uczestniczenia w czymś więcej niż standardowe oglądanie wystaw (prelekcje, wycieczki, filmy, warsztaty dla dzieci i dorosłych, gry terenowe itd.).

Takie dni jak ten są także okazją do rodzinnego spędzania czasu w świątyniach sztuki, a nie w świątyniach konsumpcji. Prawdopodobnie niektórzy zapragną odwiedzić także muzea, których nie udało im się zobaczyć podczas Drzwi Otwartych, lub wrócą tam, gdzie już byli. I jestem wielką orędowniczką zabierania dzieci w takie miejsca. W krakowskich muzeach na pewno się nie znudzą, za to mogą się świetnie bawić. Zabierzcie koniecznie wasze pociechy do Domu Zwierzynieckiego, które otrzymało certyfikat Miejsca Przyjaznego Maluchom. Zwiedzania może za wiele nie będzie, ale fantastyczna zabawa gwarantowana.