13 grudnia 1981 roku rano babcia, jak zwykle, wstała pierwsza, by rozbić lód na wiadrach z wodą, stojących w korytarzu. Woda zamarzała w nich każdej nocy. Rozgarnęła żar w węglowej kuchni i podsyciła ogień. Nastawiła czajnik, by ojciec, który miał wrócić z nocnej zmiany w kopalni, napił się gorącej herbaty zanim odeśpi szychtę i 10-kilometrową drogę do domu. Ale ojciec nie przyjechał.
Pstryknęła włącznikiem. Znów nie było światła. Nie włączyła mi więc telewizora i jak wiele innych kilkulatków tego dnia nie obejrzałam Teleranka, za to wlazłam z lalkami pod stół, gdzie miałam swoją enklawę zwaną "ciepłymi krajami", od stojącego przy stole kaflowego pieca, o który opierałam się plecami siedząc w ukryciu.
Gnieździliśmy się w 5 osób w jednym pokoju i kuchni, w budynku, który mariawicki ksiądz podnajmował rozmaitym lokatorom. Rodzice czekali na przydział mieszkania z książeczki mieszkaniowej, sumiennie wpłacając na nią odłożone grosze. Nie jeździliśmy na wakacje, nie kupowaliśmy samochodu, czekaliśmy w pełnej gotowości na sygnał do przeprowadzki. Nawet meble stały na korytarzu, owinięte folią i jakimiś szmatami. "Bo udało się je wystać i jak już będzie to nowe mieszkanie, to mogą się nie trafić".
Ojciec dojeżdżał do pracy starą MZ-tą, motocyklem z przyczepą, który odkupił od jakiegoś DDR-owca, kiedy opuszczał wschodni land, wracając z kontraktu. Ileż my rzeczy mieliśmy z "dedeeru", które zapobiegliwi narzeczeni kupowali w ramach ślubnego posagu: młynek do kawy, lokówkę, aparat fotograficzny itp. Były niezniszczalne - do dziś niektóre z nich nadal są w użyciu. Tym motorem wraz z ojcem przyjechała wielka lala z pięknymi złotymi włosami, choć rodzice nie wiedzieli, czy urodzi im syn czy córka. Trafili jednak bezbłędnie.
Siedzę więc z tą lalą Ewą pod stołem i czekam na powrót taty, który już dawno powinien być. Mama z babcią snują domysły: może mu się motocykl popsuł, może nawalił szyb, którym prawcownicy kopalni soli wyjeżdżali na powierzchnię, może wreszcie pojechał do swojej matki... Bez paniki szykujemy się na mszę do kościoła. Głownym tematem są rozmowy o tym, kiedy włączą prąd. Nikt nie widział przemówienia generała, nikt nic nie wie. Wieczorem rysuję coś przy świeczce, ojca nadal nie ma, mama zaczyna się martwić.
Prąd przywracają w poniedziałek rano. Mama idzie do pracy, ja zostaję z babcią w domu. Włączamy radio. Babcia blednie i zatacza się, ja nie rozumiem, o co chodzi. "Wojna, wojna..." - płacze babcia. Mama wraca z pracy i uspokaja ją, że to wszystko po to, żeby wojny nie było - tak jej powiedzieli. W tym czasie ojciec, mając nocną zmianę, mieszka u swojej matki. Cały tydzień chodzi w tych samych ciuchach, nie ma nawet gaci na zmianę. Wreszcie dostaje zaświadczenie na papierze i przyjeżdża do nas na wieś.
Znów jest niedziela. Ojciec zabiera mnie na sanki. Ciągnie mnie po polach, gubię rękawiczkę. Rozmawia z mamą. Opowiada, że widział czołgi jadące trasą w kierunku Poznań-Warszawa. Zazdroszczę mu, pytam, czy Rudy 102 też przejeżdżał.
Ojciec zawsze był na przekór. Nie zapisał się ani do partii, ani do Solidarności. Przez to mieszkanie dostaliśmy dopiero w 1985 r. Ale też nigdy nie musiał iść na komisariat. Tylko spokój. Spokój jest najważniejszy - to było jego motto życiowe, mimo że z natury był cholerykiem. I cisza. "Dzieci i ryby głosu nie mają"...
W Nowy Rok 1982 r. wracamy z hucznych imienin przyszywanej ciotki Mieczysławy. Jest 22.05. Wiem, że o tej porze nie wolno już chodzić po dworze. Na rynku, zaledwie 5 minut od domu drugiej babci, zatrzymuje nas milicja. Sprawdzają rodzicom dokumenty, wypytują, skąd i dokąd idziemy. Mówią coś surowymi głosami. Ja płaczę bezgłośnie, ze strachu, że zostaniemy aresztowani i już nigdy nie wrócę do domu, do lalki Ewy. Łzy kapią mi na przyduże królicze futerko. Gapię się wielkimi przerażonymi mokrymi oczami i milicjantom robi się głupio. Oddają rodzicom dokumenty i puszczają nas wolno. Odtąd chodzę z nimi na każde imieniny, jako wentyl bezpieczeństwa.
Wiosną 1983 roku ojciec znalazł przypadkiem na polu moją zgubioną tamtej pamiętnej zimy rękawiczkę.