Ojciec mu zawsze powtarzał: - Nie ucz się, ministrem nie będziesz. Ja nie umiem pisać i żyję. Stary Osicki, zwany Kulasem z powodu jednej szpotawej stopy, dumny był z tego, że do końca życia był analfabetą. Jeden, jedyny we wsi. Nawet gdy przyszli elektryfikować okolicę, postawił na papierze krzyżyk. Podpisać się też nie potrafił.

Krzychu jak miał iść do szkoły na 8.00, szedł na 12.00. Nauczyciele z litości przeciągnęli go przez 3 klasy szkoły podstawowej, choć dukał i nie do końca opanował sztukę liter pisanych (drukowane lepiej mu szły). Do historii przeszła anegdota, jak to poszedł coś poświadczyć do mleczarni, napisał OSI i powiedział "resztę dopisze mama, jak przyjdzie".

Mieszkali w domu o wyglądzie baraku. Postawili przewrócony prostopadłościan. Dachu już nikomu nie chciało się robić. Stary Osicki twierdził, że niepotrzebny, przecież mają sufit z pustaków. Schodów też nie było. Za drzwiami wejściowymi był dół, na którym niejeden listonosz skręcił kostkę. Zimą po ścianach ciekło, w ulewne tygodnie z sufitu lała się woda. Lucyna, starsza siostra Krzycha, o urodzie zniszczonej alkoholem i zaliczaniem kolejnych facetów, leżała w łóżku z parasolem i do głowy jej nie przyszło, że można łóżko przesunąć, albo dach załatać.

Osicka chodziła na pole, u ludzi dorabiać, mąż kradł jej pieniądze, które trzymała zawekowane w słoiku. Jak ją nerwy poniosły, to okładała chłopa kijem na podwórku, a wieś miała uciechę.

Krzychu był leniwy, ale ładny. Czarnowłosy, o gładkiej twarzy, nienaznaczonej żadną głębszą myślą. Nazwano go we wsi przewrotnie "naukowcem", ze względu na jego niepełne wykształcenie i tępe spojrzenie w dal. Dojrzał i zaczął wykorzystywać swój atut. Obrobiwszy ojca z renty jechał do "miasta Łodzi", kupował piękne ubrania, pachnidła i chodził po okolicy niczym bon vivant. Ale nie miał wzięcia. Okoliczne panny, które go znały, śmiały się z niego, kiedy w białym garniturze i kapeluszu paradował po polach.

Postanowił więc wyjechać do miasta wojewódzkiego. Udało mu się kilka lat pożyć na garnuszku naiwnych kobiet, przeważnie starszych, które po nieudany małżeństwach chciały odreagować u boku przystojnego narzeczonego. Ale Krzychu był jak puste naczynie. Ani mądry, ani pracowity, ani dobry, bo - nauczony domowym przykładem - swoje leciwe panie bijał, gdy nie chciały mu dawać pieniędzy na stroje i rozrywki. W końcu jego urok osobisty osłabł i wrócił na wieś.

Ożenił się. Znalazł kandydatkę "idealną" - też nie ukończyła szkoły podstawowej. Szybko pojawiło się dziecko. Nie mógł wytrzymać wrzasków bachora. Ona też zresztą nie. Oddała dziewczynkę swojej matce na wychowanie. Ale okazało się, że z sobą też nie mogli wytrzymać. Rozwód. Krzychu został sam z matką - swoim źródłem finansowania. Oj, nacierpiała się Osicka na starość z ręki swego najmłodszego dziecka. Gdy zmarła w wyniku powikłań po zapaleniu płuc, Krzychu uciekł. Nikt nie wiedział, gdzie się podziewa, nie było go na pogrzebie matki. Lucyny też nie. Zmarła kilka lat wcześniej z przepicia.

Wrócił do domu. Nie miał pieniędzy. Załatwiono mu jakieś tam grosze z tzw. opieki. Białe garnitury zszarzały, włosy posiwiały. Dostał od kogoś stary telewizor. Patrzy w niego całe dnie. To jedyne co mu zostało. I sława "naukowca", ostatniego we wsi, który nie umie czytać ani pisać. Krzychu ma 47 lat.